poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Opowiadanie "Niebo nad Reykjavikiem" - część II


Od śmierci Joanny każdy dzień zaczynał od lampki piołunu, ale rano pił go bez lodu i cytryny. Potem wsiadał do swojego rocznego Chevroleta Niva i jechał nim do klientów. Ta terenówka nigdy go jeszcze nie zawiodła, w przeciwieństwie do jego pierwszego auta, także ze stajni Niva, a mianowicie Łady. Trzeba jednak zaznaczyć, że ten radziecki samochód terenowy wysłużył już swoje i w końcu musiał zawieść. Pamięta, jak dostał go od swojego ojca na dwudzieste pierwsze urodziny. Soren był pół Duńczykiem, pół Polakiem. Jego mama była Dunką z Kopenhagi, a ojciec Polakiem z Lublina.
Soren posiadał wprawdzie tylko paszport duński, ale dzięki ojcu był doskonale zaznajomiony z historią i kulturą Polski. Uwielbiał polską kuchnię, a w szczególności pierogi z serem i bigos. Znał także polskie obyczaje. Szczególnie podobały mu się zwyczaj łamania się opłatkiem podczas wigilii oraz liczne kolędy, które śpiewa się wspólnie przy nakrytym stole. Tego nie znano w Danii. Nawet zwyczaj juletræ, czyli kolorowej choinki stojącej zawsze od grudnia w centrum Kopenhagi, poszedł w całkowite zapomnienie. Został on bowiem od jakiegoś czasu zakazany przez miejskich radnych, którzy podczas głosowania jednomyślnie orzekli o usunięciu świątecznego drzewka ze starówki. Poza tym Boże Narodzenie w stolicy Danii nie miała w sobie tyle rodzinnego ciepła, co święta w Polsce. Może wynikało to z mentalności Polaków. Nie chodziło tu oczywiście tylko o religię. Duńczycy byli przecież luteranami, a Polacy katolikami. Raczej bardziej odnosiło się to do tej prostej i życzliwej ludzkiej otwartości, która szczególnie właśnie cechowała Polaków, ale i innych Słowian. My Duńczycy również potrafimy cieszyć się życiem, jednakże Polacy robią to jakoś bardziej spontanicznie – myślał Soren – Tak to chyba inna mentalność wynikająca z naszej przeszłości. Jesteśmy, jakby nie było, spadkobiercami wikingów, tych zimnych i twardych wojowników Północy.
To umiłowanie polskości sprawiło, że Joanna tak bardzo przypadła mu do gustu. Piękna brunetka o długich gęstych włosach i ciemnych oczach. Zawsze gustownie ubrana, z chustą wokół szyi i srebrnym pierścionkiem na palcu, jednocześnie dziewczęca i kobieca. Joanna była tak jak i on „mieszańcem”. Pół Polka ze strony matki, pół Niemka ze strony ojca. I choć według prawa rodzinnego i opiekuńczego matka jest zawsze znana, Joanna legitymowała się tylko obywatelstwem niemieckim. Jej rodzice poznali się na studiach medycznych w Niemczech. Tata był lekarzem, mama pielęgniarką. Ona natomiast już od dziecka chciała studiować literaturę nordycką.
Sorena poznała podczas Freisemester na Uniwersytecie Háskóli Íslands w Reykjaviku. Jako jedyny obcokrajowiec pracował on jako pilot wycieczek po Islandii. To było jego wielkim marzeniem od szkoły średniej. Pierwszy raz o Islandii opowiedziała mu jego mama:
"Islandia to piękna wyspa pełna gejzerów, kraina ognia i lodu, wulkanów i lodowców – jak mawiają. Przez wiele lat była pod wpływem naszej ojczyzny. Pod koniec XIV wieku została oficjalnie włączona do królestwa duńskiego. Dopiero w 1918 roku Islandia proklamowała się suwerennym państwem połączonym tylko unią personalną z Danią aż do czasu zajęcia jej przez III Rzeszę podczas II wojny światowej. Po wojnie Islandczycy zerwali ostatecznie unię personalną z Kopenhagą. I choć Islandia ogłosiła się niezależną republiką, to jednak pewne wpływy duńskie widać tam do dziś."

                                                                            ...

Helen nie wyszła już ponownie za mąż. Pracowała jako sprzedawca w jednym z supermarketów. Z czasem zmieniła pracę na opiekunkę osób starszych. Jej chłopcy ukończyli właśnie szkoły zawodowe i poszli do pracy, więc miała wolną rękę. Praca w opiece nie była tak ciężka jak praca w sklepie. Poza tym dawała nieco więcej swobody w działaniu, jeśli można tak powiedzieć. Wprawdzie trzeba było czuwać nad podopieczną lub podopiecznym od rana do wieczora, przy wielu zleceniach nawet w nocy, to jednak w praktyce miała więcej wolnego czasu niż podczas pracy w sklepie. Niektóre zlecenia dotyczyły osób całkowicie sprawnych fizycznie. Potrzebowały one na starość tylko kogoś do towarzystwa. Jedną z tych osób była właśnie pani Margaret, bogata wdowa po bardzo znanym inżynierze budowlanym z Vancouver. Jak na swoje siedemdziesiąt parę lat była w bardzo dobrej formie fizycznej. To ona zaproponowała Helen wycieczkę na Islandię. Pani Margaret pokrywała wszystkie koszty wyjazdu, a Helen miała jej tylko towarzyszyć. Opiekunka oczywiście przystała na to, choć Islandia wydawała się jej krajem bardzo egzotycznym. Co mi zależy? - pomyślała – I tak nie mam nic ciekawego do roboty... Gdyby nie książki, całkiem bym zwariowała.
A czytała lektury o różnej tematyce. Jej ulubione klasyczne powieści to: Mistrz i Małgorzata, Egipcjanin Sinuhe oraz Sto lat samotności. Aczkolwiek od pewnego czasu zasmakowała w tak zwanej literaturze ezoterycznej i alternatywnej psychologii. Przeczytała wiele znanych tytułów, do których zaliczały się między innymi: Diagnostyka karmy Siergieja Łazariewa, Nowa Ziemia Eckharta Tolle czy Przebudzenie Anthony'ego de Mello. Interesowała się także I-Ching i Human Design.

                                                                           ...

Dieter czekał na nią po zajęciach jak zwykle w parku na tej samej ławce. Spóźniła się kilka minut. Była jak zawsze uśmiechnięta. Miała na sobie czerwoną bluzę i niebieskie spodnie. Jej czarne długie włosy otulały po bokach szyję, spadając łagodnie na ramiona.
- Hallo Dieter! - rzuciła mu na powitanie.
- Grüß dich Johanna!
- To o czym chcesz rozmawiać, chłopcze, że nie mogłeś o tym mówić na uczelni? - zapytała Johanna, patrząc mu w oczy i uśmiechając się do niego. Nie lubił, kiedy nazywała go "chłopcem", ale nigdy jej tego nie powiedział.
- Może najpierw porozmawiajmy o czymś innym. Jak spędziłaś wakacje?
- No dobrze, Dieter, skoro chcesz wiedzieć, to ci powiem. Nie mam żadnych tajemnic – ponownie uśmiechnęła się do niego.
Była w wyjątkowo dobrym nastroju w przeciwieństwie do niego, ale umiejętnie to przed nią ukrywał. Nie będzie mu łatwo powiedzieć jej o swojej chorobie.
- Wiesz, wszystko po staremu, żadnych nowości. Praktycznie całe lato spędziłam na wsi u dziadków pod Monachium. Trochę opalania, trochę pomocy przy zbiorze truskawek i cykorii. Nic nadzwyczajnego - to powiedziawszy zaśmiała się.
Nie zamierzała wspomnieć Dieterowi o tygodniowym pobycie z Thomasem w Grecji. Uważała, że nie musi o niej wiedzieć wszystkiego. Był jej przyjacielem, ale pewne rzeczy postanowiła zachować tylko dla siebie. O najbliższym weekendzie, który miała spędzić z Thomasem w Pradze, też mu nie powie.
- A ty, chłopcze, co porabiałeś?
- U mnie również nic nowego. Byłem przez cały czas w Berlinie. Czytałem zaległe lektury. Poza tym zapoznałem się z utworami obowiązującymi nas w tym semestrze.
- Naprawdę? Cały czas tutaj? - Johanna zaśmiała się głośno.
- Tak, naprawdę – odparł spokojnie Dieter.
- To już wiem, kto znowu będzie mi pomagał w przygotowaniu do egzaminów – powiedziała z lekką nutą cynizmu. Uśmiechnął się do niej, chociaż wcale nie było mu w tym momencie do śmiechu.
Dieter pochodził z Berlina. To tutaj mieszkał z rodzicami aż do czasu ich separacji. Potem przeniósł się do akademika, a ponieważ był studentem, uczelnia nie stwarzała żadnego problemu z wynajęciem mu pokoju na okres przerwy semestralnej. Żałował, że Johanna na ten czas wyjeżdża do Monachium, gdzie mieszkali jej rodzice, bo to oznaczało, że nie będzie jej widział przez trzy miesiące. Była mu najbardziej bliska spośród znanych mu osób, a że nie było ich wiele, zawsze wtedy za nią tęsknił.
- To o czym chciałeś ze mną porozmawiać?
- A wiesz, jest..., mam pewną sprawę do ciebie...
Rozmyślił się. Nie zamierzał mówić jej o swojej chorobie. Uznał, że to i tak nie ma żadnego znaczenia w ich relacji - Ona jest z Thomasem, a ja jestem tylko kolegą, bliskim kolegą, ale jednak tylko kolegą - Postanowił na szybko wymyślić temat zastępczy.
- Wiesz, mój kolega bierze ślub w najbliższy weekend. Dostałem zaproszenie na dwie osoby, lecz nie mam z kim iść. Pomyślałem, że może ty zechcesz mi towarzyszyć. Co ty na to?
- W najbliższy weekend? - zapytała – Bardzo chętnie bym z tobą poszła, ale już mam plany na  sobotę i niedzielę.
Będę jednak musiała mu powiedzieć – pomyślała Johanna – Nie da się w tym przypadku tego ukryć.
- Razem z Thomasem jedziemy w piątek do Pragi. Wracamy dopiero w poniedziałek.
Jej odpowiedź wcale go nie zdziwiła. Sam ją przed chwilą okłamał, bowiem nie było żadnego ślubu. Nie miało to w tym momencie dla niego żadnego znaczenia, czy Johanna mówi prawdę, czy nie. On w każdym bądź razie nie powie jej nic o chorobie, więc w ten wykrętny sposób udało mu się uniknąć niewygodnego dla niego tematu.
- W porządku, Johanna. To żaden problem. Mogę pójść i sam.
- A co to za kolega? - była zazwyczaj ciekawska.
- Nie znasz go.
- Musisz mi koniecznie pokazać jakieś foty z tej imprezy, dobrze? - uśmiechnęła się, szczypiąc go koniuszkami palców w fałdę tłuszczu na brzuchu.
- Dobrze, zrobię kilka zdjęć – powiedział zaskoczony.
- Tylko kilka? - ironizowała.
- Już dobrze. Przestań się wygłupiać – uśmiechnął się do niej, lecz był to sztuczny śmiech. Nawet tego nie zauważyła.
- Nie obraź się, chłopcze, lecz muszę już uciekać. Widzimy się jutro na uczelni, prawda? - zapytała go tak, jakby miał się nie pojawić kolejnego dnia na uniwersytecie.
- Oczywiście. Nie mam innych planów.
- To się jeszcze okaże! Servus!- to powiedziawszy uszczypnęła go ponownie w brzuch i pomknęła parkową aleją w kierunku centrum miasta.
- Do jutra! Tschüß! - odparł na pożegnanie. Te uszczypnięcia sprawiły, że poczuł się bardzo dziwnie. Dlaczego ona to robi? - zapytał się w myślach. Sam też sobie odpowiedział: Bo jej na to pozwalam.

                                                                          ...

piątek, 15 marca 2019

Opowiadanie "Niebo nad Reykjavikiem" - część I


(Do czytania tekstu zalecam użyć rozszerzenie "Dark Background and Light Text". W przeciwnym razie kolor czcionki może ulec zmianie.)

Paul Block

NIEBO NAD REYKJAVIKIEM


Nie smuć się. Wszystko, co tracisz, powróci do ciebie w innej formie.
                                                                                                                                                Rumi


Soren był wściekły. Amerykanie nazywają ów stan przez określenie bloody pissed. No ale nie mogło być inaczej. Idiotka, z którą siedział w knajpce, przekroczyła właśnie wszelkie granice głupoty. Chcąc zrobić na nim wrażenie, bez przerwy wtrącała do rozmowy zwroty i idiomy angielskie. Ok, znam język angielski, ale nie jestem przecież filologiem. Co ona sobie myśli? Że będzie przez to inteligentna? Kolejna kretynka – myślał. No nic. Lepiej spędzić wieczór samotnie w towarzystwie piołunu i Johannssona niż szukać na siłę kobiety do kochania. Nie było innej możliwości. He has to fuck up the meeting. Pożegnał się jednak grzecznie z piękną damą i wyszedł z baru.
- Bardzo cię przepraszam, ale zapomniałem nakarmić kota. Może innym razem – to powiedziawszy ruszył w kierunku domu. W rzeczywistości nie miał kota. Jego towarzyszem życia był pięcioletni jamnik o imieniu Joke. Pamięta, jak Joanna kupiła go u niemieckiego hodowcy. Oboje uwielbiali tego psiaka.
Soren był wyraźnie zmęczony i pragnął tylko wrócić do swojego mieszkania. Kolejna nieudana randka. Co zrobić? Aha, no i oczywiście nie miał zamiaru spotykać się ponownie z tą, pożal się Boże, anglistką od siedmiu boleści...Wróciwszy do domu, nalał sobie lampkę czerwonego wermutu. Dodał do niego, jak zawsze, kostkę lodu i plasterek cytryny. Czasem wrzucał do trunku zieloną oliwkę bez pestki, oczywiście pod warunkiem że nie zapomniał kupić nowego słoiczka ulubionego przysmaku, wracając z pracy. Stary był już zazwyczaj pusty poprzedniego wieczoru.
Brakowało jeszcze tylko muzyki, włączył więc swoją ulubioną płytę. Tak, był staroświecki. Kolekcjonował stare rzeczy związane z muzyką, a wśród nich znajdowały się: fonografy, patefony, wczesne gramofony, a także późniejsze adaptery winylowe oraz magnetofony szpulowe. Tym razem użył jednak nowoczesnego sprzętu CD, który dostał w prezencie od żony podczas, jak się okazało, jej ostatnich świąt Bożego Narodzenia. Po chwili z cyfrowego odtwarzacza popłynęły dźwięki "Fordlandii". Pociągnął łyk wina i zanurzył się w myślach. Mijały właśnie dwa lata od śmierci Joanny, a on nadal nie mógł pogodzić się z jej odejściem. Sądził, że kiedy znajdzie szybko kolejną kobietę, zapomni o bólu, który wywoływała w nim wciąż na nowo utrata Joanny. Ku jego nieszczęściu trafiał na same idiotki, a to tylko zwiększało w nim gorycz i tęsknotę za żoną. Joanna była dla niego wyjątkową osobą. Żona, przyjaciel i kochanka w jednej kobiecie. Jeśli istnieje coś takiego jak bliskość dusz - myślał - to z pewnością on i ona byli bliskimi sobie duszami.

                                                                            ...

Helen kończyła właśnie śniadanie. To samo, co zwykle, czyli grecki jogurt, siemię lniane, małe kawałki daktyli i suszonej śliwki. Oblizując ostatnią łyżeczkę jogurtu, wyjrzała za okno. Czerwiec tego roku był wyjątkowo piękny. W jej sadzie zakwitły już na całego kwiaty jabłoni i gruszy, a przydomowa altanka zarośnięta była gęsto przez słonecznik. Podobną altankę mieli jej rodzice w Polsce, a słonecznik przypominał jej o szczęśliwym dzieciństwie spędzonym u ich boku. Potem było liceum i studium krawieckie. Próbowała też zdawać na studia. Wymarzyła sobie filologię rosyjską, ponieważ bardzo lubiła czytać Tołstoja i Czechowa. Niestety w tamtych czasach dostanie się na studia, nie mając przynajmniej jednego z rodziców w partii, graniczyło z cudem. Zatrudniła się więc w wielkim zakładzie krawieckim. Tam też poznała swojego przyszłego męża Mariusza.
Mariusz był z zawodu kierowcą. Oboje kochali się bardzo i przez pierwsze dwa lata ich małżeństwa wiedli spokojne rodzinne życie. Najpierw urodziła syna Artura, a potem drugiego syna Tomka, i wtedy właśnie wszystko zaczęło się psuć. Mariusz zrobił się bardzo nerwowy. Przez nadużywanie alkoholu stracił prawo jazdy. Dzięki znajomości jego ojca z miejscowym prokuratorem dostał tylko wyrok w zawieszeniu, ale mimo tego nie mógł już dłużej pracować w firmie. Szef Mariusza nie chciał mieć kierowców uzależnionych od alkoholu, toteż musiał on poszukać sobie innego zajęcia. Z czasem znalazł zatrudnienie jako ochroniarz w sklepie, jednak jego zarobki były zdecydowanie niższe niż w poprzedniej pracy. Problem z alkoholem i brak kontroli nad sobą doprowadziły do tego, że często bił Helen. Prowokował awantury. Albo uderzał ją w twarz, albo kopał w brzuch. Po kilku większych ekscesach nie była już w stanie tego wytrzymać. Ciotka ze strony matki zaoferowała jej pomoc:
- Weź dzieci i przyjeżdżaj do mnie!
Ciotka Hanna mieszkała od wielu lat w Kanadzie. Udało się jej uciec z PRL jeszcze przed stanem wojennym. Najpierw promem dostała się do Szwecji, ukryta między towarami, potem już legalnie samolotem do Vancouver na zaproszenie od swojej znajomej. Była starą panną. Nie miała zaufania do mężczyzn. Po kilku przykrych dla niej doświadczeniach postanowiła się z żadnym nie wiązać, a że nie posiadała dzieci, traktowała Helen jak córkę.
Jak wytłumaczę to rodzicom? - zastanawiała się wtedy jeszcze Helena. Imię na Helen zmieniła dopiero po uzyskaniu kanadyjskiego obywatelstwa. Na szczęście ojciec i matka zrozumieli, że jedynym wyjściem dla niej i chłopców będzie wyjazd z Polski. Tylko w ten sposób uwolni się na zawsze od Mariusza. Wyjazd do Kanady miał być wybawieniem od alkoholowego tyrana. Znajomości jego ojca nie sięgają tak daleko.

                                                                             ...

Dieter wyszedł ze szpitalu i podążył chodnikiem bezpośrednio w kierunku przystanku S-Bahn. Wsiadł do tramwaju jadącego do centrum miasta i dojechał nim na Alexanderplatz, a stamtąd udał się schodami w kierunku przystanku U-Bahn. Podziemny tramwaj wiózł go do przystanku na Lutherplatz, na którym zawsze wysiadał, udając się w stronę akademika.
Dzień wyjścia ze szpitala zbiegł się z rozpoczęciem kolejnego Wintersemester. Z jednej strony cieszył się na początek roku akademickiego, gdyż ponownie będzie mu dane zobaczyć Johannę, z drugiej strony bał się jej reakcji na wieść o tym, że jest chory. Johanna była jego najlepszym przyjacielem, i tylko przyjacielem. Była związana z Thomasem, studentem prawa, a Dieter to szanował. Kochał ją, ale nie było to coś w rodzaju zakochania. Była mu po prostu bliska, i nie wiedział dlaczego...
Oboje studiowali germanistykę i literaturę nordycką. Te drugie studia wymagały również znajomości jednego z języków skandynawskich. On początkowo miał wybrać język norweski, ale to pod jej wpływem zdecydował się na język islandzki. Poza tym wspólny lektorat gwarantował jej towarzystwo, którego nigdy nie było za wiele.
Johanna wiedziała, że Dieter ją kocha. Jednak sama nie odczuwała nic szczególnego w związku z jego osobą. Oczywiście czuła jakieś dziwne i niezrozumiałe dla niej przyciąganie, ale sądziła, że wynika to z jej potrzeby bycia docenianą i pożądaną, i że jeśli będzie trzeba, to jest w stanie w każdej chwili zakończyć tę znajomość bez zbędnego żalu czy cienia goryczy.
Dieter w pełni akceptował związek Johanny z Thomasem. Poznał ją w momencie, kiedy już z nim była. Wolałby naturalnie być na jego miejscu, ale miał w sobie niepopularną jak na owe czasy przyzwoitość, która nie pozwalała mu ingerować w ich związek. I nawet rady jego matki w stylu - "Patrz tylko na to, żeby tobie było dobrze" - akurat w tym przypadku nie robiły na nim wrażenia. Jego zasadą było: "Nie czyń szczęścia sobie kosztem szczęścia innych". I oczywiście maksyma ta sprawdzała się, jednak tylko do czasu.

                                                                             ...

piątek, 8 marca 2019

"Kupiec i wrota alchemika" Teda Chianga, czyli wehikuł czasu (spoiler)

To moje ulubione opowiadanie Teda Chianga (warto sięgnąć także po inne). Uwielbiam krótkie, a jednocześnie tak treściwe i pełne życiowej mądrości opowiadania, a Kupiec... Chianga to jedno z najlepszych, jakie czytałem. Utwór ten to historia bagdadzkiego kupca o imieniu Fuwaad ibn Abbas, który – przy pomocy sklepikarza i jednocześnie alchemika Baszaarata i jego Wrót Lat, czyli wehikułu czasu, umożliwiających podróż w przeszłość – chce ocalić swoją żonę Nadżję przed śmiercią w wyniku zawalenia się ściany meczetu. Na drugim planie mamy także trzy inne historie ludzi, którzy przekroczyli owe wrota czasu:
Opowieść o szczęśliwym powroźniku; Opowieść o tkaczu, który okradł sam siebie; Opowieść o żonie i jej kochanku.
W niektórych przypadkach postacie otrzymują to, czego chcą, podczas gdy w innych nie. Jednak przesłanie Kupca... nie polega na ich sukcesie lub porażce, a bardziej na idei, że przyszłość jest taka sama jak przeszłość. Zarówno te trzy opowieści, jak i historia głównego bohatera mają nauczyć czytelnika ważnej życiowej prawdy. Chiang mówi bardzo wyraźnie, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu:
"Nic nie zdoła wymazać przeszłości. Istnieje skrucha, istnieje pokuta, istnieje też przebaczenie. Tylko tyle, ale to wystarczy."
Ja Kupca... odczytuję następująco: W życiu nie ma przypadków. Wszystko jest tak, jak być powinno. Nie zmienisz przeszłości, cofając się w czasie. Destiny is all :)

piątek, 1 lutego 2019

Co jest takiego genialnego w powieści "Człowiek z Wysokiego Zamku" Philipa K. Dicka?

To będzie spoiler, a więc jest to tekst tylko dla tych, którzy czytali książkę. Człowiek... to najbardziej znana i moim zdaniem najlepsza (obok Płyńcie łzy moje, rzekł policjant) powieść Dicka. Wciągająca fabuła, znakomicie przedstawione postacie, no i przede wszystkim świetny styl autora – to musiało przyciągnąć czytelnika. W czym tkwi geniusz tej książki?
W tym, że przedstawia ciekawą wersję historii alternatywnej? Zwycięskie w II wojnie światowej Niemcy i Japonia dzielą się światem. III Rzesza nie traktuje jednak swojego sprzymierzeńca jak równego partnera, więc mamy do czynienia z "zimną wojną"...
A może geniusz Człowieka... zawarty jest w Księdze Przemian? Główni bohaterowie posługują się bowiem przy podejmowaniu życiowych decyzji wyrocznią I Cing...
Czy może świat równoległy czyni tę powieść szczególną? W Człowieku... mamy bowiem do czynienia z trzema światami – światem powieści, światem książki Abendsena (tytułowego Człowieka z Wysokiego Zamku) pt. "Utyje szarańcza" oraz przez moment naszym światem, który pojawia się w wizji chorego pana Tagomi.
Moim zdaniem najbardziej genialne jest jednak to, czego Dick dosłownie nie napisał, a co można się domyślić (choć pewnie nie każdy), czytając ostatnie wersy Człowieka... Powieść nie ma typowego zakończenia, po prostu się urywa, i niektórzy mogą czuć niedosyt. Ale jeśli czytelnik dobrze się wczyta w ostatnie strony, to może uchwycić ukryty przekaz (przesłanie) książki.
Główna bohaterka Juliana odkrywa, że świat, w którym żyje, nie jest rzeczywisty. Próbuje wytłumaczyć Abendsenowi, że to własnie świat ukazany w jego książce jest prawdziwy. Człowiek z Wysokiego Zamku w to nie wierzy. Dla niego "Utyje szarancza" jest tylko próbą ucieczki z rzeczywistości niemiecko-japońskiej okupacji w alternatywną historię, gdzie alianci wygrywają wojnę (podobnie jak w naszym świecie, ale dopiero w 1948 roku).
Jego "Utyje szarańcza" jest napisana ku pokrzepieniu serc pokonanych w wojnie Amerykanów. Abendsen nie wierzy jednak w prawdziwość takiego świata. I tu dochodzimy do momentu najważniejszego. Juliana rozczarowana nastawieniem Człowieka z Wysokiego Zamku jako jedyny bohater Dicka nagle uzmysławia sobie, że świat, w którym żyje, nie jest realny. Nie mówi tego dosłownie, ale jakby zdaje sobie sprawę z tego, że jest tylko postacią z powieści. I już sama właściwie nie wie, który świat jest rzeczywisty – jej świat czy świat książki Abendsena, a może jeszcze jakiś inny?
Jak to interpretować? Moim zdaniem, my jako czytelnicy, również jesteśmy postaciami z książki. Także odgrywamy swoje postacie w powieści zwanej życiem. Aż chciałoby się zaśpiewać: Strawberry fields, nothing is real...