niedziela, 26 maja 2019

Opowiadanie "Niebo nad Reykjavikiem" - część V


Helen miała dziwne wrażenie, że skądś zna tego mężczyznę. Deja vu? Nie, to niemożliwe. Był dużo młodszy od niej. Wywoływał w niej same pozytywne odczucia, więc od razu go polubiła. Nie czuła erotycznej fascynacji jego osobą, jednak miała wrażenie, że łączy ją z nim jakaś więź, i nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć. Bardzo rzadko zdarza się w naszym życiu owo poczucie, iż ktoś działa na nas tak, jakbyśmy już go znali od wielu lat. Czy to jakaś magia? A może da się znaleźć na to racjonalne wyjaśnienie? Nie – myślała – Nie obędzie się tu chyba bez ezoteryki – roześmiała się w myślach.
Helen zrobiła również wrażenie na Sorenie. Z niewiadomych przyczyn uważał ją za bliską sobie osobę. Wydawała mu się nie tylko ciepła i serdeczna, ale też bardzo inteligentna w sensie emocjonalnym. Poza tym czuło się od niej bardzo pozytywną energię, która również i jemu się udzieliła. Od czasu śmierci Joanny żył tylko wspomnieniami, a spotkanie z Helen sprawiło, że nabrał chęci do życia. I nie wiedział, skąd nagle taka zmiana?

                                                                            ...

Choroba nie pozwalała mu na normalne życie. Nawet latem musiał nosić długie spodnie oraz bluzę lub t-shirt z długimi rękawami, kiedy wychodził na miasto. Łuszcząca się skóra rzucała się w oczy. Poza tym cholernie swędziała. Wystarczyło, że był lekko zdenerwowany, chwilę później dostawał nieprzyjemnego zapalenia skóry na ramionach i klatce piersiowej. W końcu jednak ktoś to zauważy. Na szczęście choroba nie dotknęła skóry głowy, bo wtedy i dobra czapka nie zdołałaby jej ukryć.
Po diagnozie lekarskiej Dieter był załamany i rozgoryczony. Nie miał z kim o tym porozmawiać. Po separacji jego rodzice byli zajęci nowymi partnerami. Poza tym nie chciał im o tym mówić. Postanowił powiedzieć o chorobie tylko Johannie, lecz ostatecznie zrezygnował z tego zamiaru. Bał się jej reakcji i nie wiedział tak naprawdę, dlaczego... Obawiał się odrzucenia? Przecież i tak nie była z nim. A może lękał się poczucia bycia gorszym z racji choroby?
Miał już dość ciągłego smarowania się kortyzolem, cygnoliną i innymi cholernymi maściami. Owszem pomagały, ale tylko na chwilę. Jego lekarz prowadzący powiedział, że tej choroby nie można wyleczyć, i że będzie musiał jakoś z tym żyć, bo medycyna nic na to nie poradzi. Nie chciał jednak tak łatwo dać za wygraną. Postanowił poszukać więcej informacji o łuszczycy, także w alternatywnych źródłach, i natrafił na tak zwaną totalną biologię.
Według niej łuszczyca jest wynikiem podwójnego konfliktu separacji. Wszystko to by się u niego zgadzało – pomyślał. To nieustanne kłótnie rodziców i stres z tym związany doprowadziły go do choroby. Początkowo trzymał stronę mamy, sądząc, że ona jest ofiarą, a ojciec stroną atakującą. Z czasem zaczął dostrzegać też pewne racje ze strony ojca. Kiedy doszło do ich rozwodu, poczuł ulgę, że udręka wreszcie się skończyła. Jednak nie chciał utracić żadnego z rodziców. Pragnął z obojgiem utrzymywać dobre relacje. Natychmiast po tym wydarzeniu zauważył na skórze suche, białe liszaje. Skóra zaczęła się łuszczyć, a zrogowaciała warstwa naskórka odpadać. Jednocześnie pojawiła się u niego egzema, czyli atopowe zapalenie skóry. Według totalnej biologii czerwone plamy i świąd oznaczały fazę zdrowienia po konflikcie separacji, natomiast łuszcząca się skóra na ciele to faza aktywna drugiego konfliktu. Tak więc oba konflikty dotyczyły rodziców: jeden mamy, drugi taty. Dowiedział się, że łuszczyca związana jest ze stratą, obawą utraty czegoś lub kogoś ważnego dla nas. Tak opisywała to totalna biologia.

                                                                           ...

Soren zadzwonił na numer podany mu przez Helen. Będzie czekał na nią przy hotelowej  Veitingahús. Po dwudziestu minutach spotkali się przy barze. Po uściśnięciu dłoni na powitanie udali się w kierunku wyjścia. Wsiedli do terenowego chevroleta i pojechali do jego domu w centrum miasta.
Mieszkanie Sorena było skromnie umeblowane. Miało dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Nie było duże, a jednak przytulne. W pokoju gościnnym znajdowała się pięknie zdobiona drewniana ława, przy której mieściły się dwa skórzane taborety. W rogu pomieszczenia tuż przy oknie stał stolik z niewielkim telewizorem, a naprzeciw niego podwójne łózko.
Soren zaproponował jej swojego ulubionego piołunowego drinka. Zgodziła się. Nie piła zazwyczaj wermutu. Była raczej miłośniczką półwytrawnego czerwonego wina, ale z miłą chęcią próbowała nowych rzeczy. Podał jej lampkę alkoholowego trunku i usiadł obok niej przy ławie.
- Słyszałem trochę o ezoteryce, ale nie traktuję tego poważnie – zaczął.
- A co dokładnie?
- Można chyba też do niej zaliczyć horoskopy, nieprawdaż?
- Raczej tak. Mój znak to bliźnięta, a w zodiaku chińskim jestem smokiem.
- Ja jestem rakiem. Nie wiedziałem, że jest coś takiego jak horoskop chiński.
- Jest. Kiedy dokładnie się urodziłeś?
- Dwudziesty szósty czerwiec 1980 rok.
- Czyli jesteś małpą...
- A co to oznacza? - uśmiechnął się Soren.
- Małpa to ciekawska, spostrzegawcza i towarzyska osoba. Lubi spotkania z interesującymi ludźmi oraz podróże. Z kolei smok to wesoły altruista i marzyciel. Ma jednakże silny charakter i wiele energii do działania.
- Ciekawe, ale czy prawdziwe?
- U mnie chyba się zgadza – zaśmiała się Helen – Jakbyś chciał nieco więcej dowiedzieć się o sobie, to zapoznaj się może z Human Design. Według tej klasyfikacji jestem manifestującym generatorem.
- Nic nie rozumiem – uśmiechnął się ponownie.
- Możesz poczytać o tym na internecie, wtedy pojmiesz więcej. Jest dużo stron na ten temat.
Nie mieli już nic do picia. Soren nalał im więc drugą lampkę piołunu.
- Więc jak to jest z tą twoją wiarą? - spytał.
- No cóż, jako osoba niewierząca możesz potraktować tę opowieść jako zwykły stek bzdur wypowiadanych przez stara wariatkę.
- Wcale tak nie myślę – uśmiechnął się i dodał – Oświeć mnie!
- Dobrze. Jak już mówiłam, zapoznałam się z wieloma książkami o tematyce ducha i doszłam do wniosku, że ten świat musi mieć swojego Stwórcę. Jednak religie mylą się co do jego intencji. Nie chodzi wcale o zbawienie naszych dusz, a o ich naukę.
- Mów proszę dalej – powiedział Soren, pociągając łyk piołunu.
- Najważniejszą lekcją dla nas jest odkrycie, że tak naprawdę wszyscy od siebie zależymy. Nikt nie jest bardziej lub mniej ważny. Naszym celem jest pomaganie sobie nawzajem.
- Wiesz, że to trudne...
- Nikt nie mówi, że to łatwe. Jednak tylko w ten sposób można dotrzeć do Boga.
- Nie wiem, co o tym myśleć. Nie, nie mam cię za wariatkę, lecz muszę mieć jakiś dowód. Jest tyle zła na świecie, że trudno mi uwierzyć w Boga.
- Istnieje coś takiego jak terapeutyczna hipnoza do życia między wcieleniami, w skrócie LBL. Słyszałam już o tym w Kanadzie, nigdy jednak tego nie próbowałam, ale przeglądając strony internetowe przed przylotem na Islandię, znalazłam informację o gabinecie zajmującym się taką hipnoterapią w Reykjaviku. Terapię prowadzi pani Ingrid, jedyna dyplomowana islandzka hipnoterapeutka LBL. Może warto spróbować?
- Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. Brzmi to dla mnie trochę zabawnie – uśmiechnął się i dodał – ale jeśli zrobisz to razem ze mną, to jestem gotów się tego podjąć. Skoro pomoże mi to odkryć Boga...
- Nie tylko Boga, ale i siebie.
- To co? Zgadzasz się? Dzwonimy do tej pani Ingrid? - zaproponował.
- Dobrze! Niech ci będzie – powiedziała ochoczo Helen. Chciałam już to zrobić wcześniej, ale jakoś nie było odwagi albo raczej okazji. Widocznie teraz taka mi się przytrafiła.

                                                                            ...

Opowiadanie "Niebo nad Reykjavikiem" - część IV


Trzeciego dnia wycieczki pogoda była nieco lepsza, ale pewnie dlatego, że 21 czerwca to najdłuższy dzień w roku na Islandii i słońce zachodzi dopiero po północy, by pojawić się znowu tuż przed trzecią. Wyjechali chevroletem z Reykjaviku w kierunku południowo - wschodnim i dotarli do miejscowości Hveragerdhi, potem skręcili na północny wschód i mijając malownicze Keridh dojechali do Skalholt, siedziby pierwszych biskupów islandzkich. Następnie dotarli nad Gulfoss, Złoty Wodospad, uznany za najpiękniejszy w całym kraju, i zaraz potem pojechali do Doliny Haukadalur, czyli miejsca źródeł geotermalnych, z których najbardziej znane to dwa gejzery: Stori Geysir (największy na wyspie, obecnie nieczynny) i Strokkur, z którego woda wytryska co 5-10 minut na wysokość 20 metrów. Później udali się do Parku Narodowego Thingvellir.
W kolejnych dniach objechali między innymi najdłuższy w kraju fiord Hvalfjórdhur ze zniewalającym krajobrazem, podziwiali niezwykle piękne wodospady Hraunfossar i Barnafossar na rzece Hvita oraz lodowiec Langjókull, którego powierzchnia wynosi 1000 kilometrów kwadratowych, a grubość kilkaset metrów. 
Następnie odwiedzili miasto Hafnafjórdhur, w którym znajduje się klasztor polskich karmelitanek bosych, które ugościły ich kawą i makowcem. Dalej pojechali przez pokryty lawą półwysep Reykjanes i dojechali do Błękitnej Laguny. Tam obie panie ponownie zażyły kąpieli w gorących źródłach, a następnie wraz z Sorenem kontynuowały podróż chevroletem do ważnego islandzkiego portu rybackiego Grindavik, miasta, którego – jak twierdził pilot – grzechem byłoby nie zobaczyć. Tam cała trójka odbyła spacer wzdłuż brzegu oceanu i wspięła się na pobliską górę Thorbjorn o wysokości 243 metrów, aby podziwiać piękny widok na ocean i miasto.
Nie zamierzali również pominąć podczas swojej wędrówki Wybrzeża Południowego z malowniczymi wodospadami Seljalandsfoss i Skógafoss niedaleko lodowca Eyjafjallajókull. Dotarli też do lodowca Myrdalsjókull, jednego z największych w kraju. Wspięli się na jego skraj i na wysokości 800 metrów nad poziomem morza podziwiali niezwykłe połączenie świata lodu i śniegu.
Ostatniego dnia poruszali się wzdłuż najdłuższej rzeki islandzkiej Thjórsa, docierając aż do doliny Thjórsardalur. Tam wspięli się na szczyt Gaukshófdhi i podziwiali z niego wspaniały widok na najbardziej znany islandzki wulkan Hekla. Na koniec dotarli do 122 metrowego wodospadu Haifoss, trzeciego co do wielkości na Islandii, zaraz po Morsárfoss (na południowym wschodzie) i Glymur (na zachodzie). Podczas wyprawy było tak wiele atrakcji i pięknych widoków, iż obie panie stwierdziły, że będzie im bardzo żal opuszczać wyspę, ale obiecały sobie, że wrócą tu za rok. Na zakończenie wycieczki Pani Margaret zażyczyła sobie znowu kąpieli w Błękitnej Lagunie, toteż poprosiła Sorena, by zawiózł tam ją i Helen następnego dnia.

                                                                                ...

Sommersemester zbliżał się ku końcowi. Dieter już od dłuższego czasu nie widział Johanny. Tłumaczyła się, że nie ma czasu się spotkać, ponieważ ma problemy rodzinne. Podobno jej tata miał problemy z prostatą. Istniało nawet niebezpieczeństwo zachorowania na raka. Jej mamie z kolei groziła utrata wzroku. Johanna chciała się w tym momencie skupić tylko i wyłącznie na sprawach domowych.
Tak więc o całej sprawie Dieter dowiedział się zupełnie przypadkowo. Któregoś dnia usłyszał na korytarzu uczelni plotki koleżanek z roku. Carolina, przyjaciółka Johanny, opowiadała właśnie niedyskretnie innej koleżance o tym, jak Johanna zerwała z Thomasem. Ponoć był bardzo niezadowolony z faktu, że Johanna jest taka otwarta na innych ludzi. Szczególnie nie podobało się mu, że jego dziewczyna tak łatwo potrafi nawiązywać kontakty z innymi mężczyznami. Tak mówiła oficjalna wersja rozstania. To był dla niego szok! Ponoć zerwali jeszcze przed świętami w grudniu. Tymczasem był lipiec, a on nic o tym nie wiedział. Nie powiedziała mu. Ukrywała przed nim ten fakt. Postanowił zatem do niej zadzwonić. Wybrał jej numer na komórce i wcisnął symbol zielonej słuchawki. Odebrała po trzecim sygnale.
- Cześć Dieter! Co tam?
- To ja chcę się zapytać ciebie, co tam?
- O co ci chodzi?
- Rodzice zdrowi? - zaczął od innego tematu.
- Tak, dziękuję. Mama potrzebuje lepszych szkieł w okularach, natomiast tata musi zmienić dietę. Wtedy wszystko będzie w porządku.
- To super! Rozmawiałem z Thomasem – skłamał.
- Czyli już wiesz.
- Wiem. Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Wiesz, dlaczego... Nalegałbyś, byśmy...
- Nawet jeśli, to zawsze mogłaś odmówić.
- Tak, ale bałam się, że cię stracę.
- Jak można stracić kogoś lub coś, czego i tak się nie ma – wyraźnie się zdenerwował.
- O czym ty mówisz? Przecież jest nasza przyjaźń. Wiele dla mnie znaczy.
- Naprawdę? Przez ostatnie sześć miesięcy spotkaliśmy się raptem dwa razy, nie licząc studiów. Z iloma kolesiami spałaś w tym czasie?
- Jak śmiesz? Nigdy ci nic nie obiecywałam w tym temacie.
- Mnie nie chodzi tylko o ten temat.
- A o co?
- Nieważne. Wiesz, chyba będzie lepiej dla nas obojga, jak zakończymy naszą znajomość. Nie potrzebujemy się nawzajem.
- Mylisz się.
- To, co ty mi oferujesz, to dla mnie za mało... - to powiedziawszy rozłączył się.

                                                                             ...

Ósmego dnia wycieczki, korzystając z okazji, że pani Margaret bierze po raz trzeci kąpiel w Błękitnej Lagunie, Soren zaprosił Helen do miejscowej Gistiheimili na kaffi i köku.
- I jak Helen? Podoba ci się na Islandii? - zapytał Soren.
- Tu jest przepięknie! Surowo pięknie, ale i chłodno – odparła.
- Powinnaś przyjechać tu zimą. Wtedy dopiero jest chłodno – powiedział z uśmiechem pilot.
- Wyobrażam sobie. Jak długo już tu mieszkasz?
- Będzie jakieś kilkanaście lat. Nie jestem tu jednak przez cały rok. Na urlop jadę albo do Danii, albo do Polski. Do rodziny.
- A w Reykjaviku nie masz nikogo? - spytała Helen i zarumieniła się na twarzy. Zdała sobie właśnie sprawę, że wkracza w jego sferę intymną.
- Miałem żonę, ale niestety zmarła.
- Przykro mi. Jak to sie stało?
- No cóż, to się stało prawie dwa lata temu. Joanna była zawsze nieostrożna, jeśli chodzi o jazdę samochodem, zresztą w wielu obszarach była lekkomyślna. Przesadziła z prędkością na Autobahnie Norymberga - Monachium i uderzyła w konwój jadących przed nią samochodów. Zginęła na miejscu.
- Bardzo mi przykro.
- Najgorsze jest to, że jak z nią po raz ostatni rozmawiałem, doszło między nami do sprzeczki. Wiesz, takie prozaiczne rzeczy. Była straszną bałaganiarą i czasem ją upominałem z tego powodu. Pracowała również jako pilot wycieczek, mimo że mogła zostać na uniwersytecie w Reykjaviku i wykładać literaturę. Specjalizowała się bowiem w islandzkich sagach. Napisała nawet na ten temat doktorat, jednak po trzech latach pracy na stanowisku Juniorprofessor postanowiła odejść. Wybrała pracę w terenie razem ze mną. Po naszej kłótni wzięła tydzień urlopu, po czym wyjechała do rodzinnych Niemiec. I już nie wróciła.
- Nie powiem ci, że wiem, co czujesz, bo nigdy nie miałam takiej sytuacji. Musiało być ci ciężko.
- Na początku tak. Z czasem jednak człowiek dochodzi do siebie, lecz już nic nie jest takie same.
- To prawda. Po trudnych doświadczeniach człowiek staje się inną osobą. Mnie w takich chwilach pomaga wiara w Boga. Wierzysz w Boga, Soren?
- Pochodzę z luterańskiej rodziny, ale jestem ateistą.
- Ja pochodzę z katolickiej rodziny i wierzę w Boga, jednak nieco inaczej...
- Co masz przez to na myśli?
- W pewnym okresie mojego życia, po tym jak zostawiłam męża alkoholika i jak uciekłam od niego z dziećmi do Kanady, zaczęłam czytać różne książki o tematyce duchowej, żeby sobie to wszystko jakoś wytłumaczyć. Moja religia nie dawała zadowalających mnie odpowiedzi. Inne religie tak samo. Szukałam więc gdzie indziej i znalazłam.
- Co takiego?
- To opowieść na dłuższą chwilę.
- W takim razie zapraszam cię dziś wieczorem do siebie, chyba że masz inne plany.
- Dziękuję. Muszę zapytać jeszcze panią Margaret o jej plany na dzisiejszy wieczór. Jeśli da mi wolne, to chętnie się z tobą spotkam i opowiem ci o tym, co odkryłam.
- Myślę, że pani Margaret się zgodzi. To jesteśmy umówieni! – uśmiechnął się Soren, pociągając łyk kaffi.

                                                                            ...

piątek, 3 maja 2019

Opowiadanie "Niebo nad Reykjavikiem" - część III


To był wyjątkowo mglisty dzień w Reykjaviku. W czerwcu temperatura w ciągu dnia waha się tu w granicach od 6 do 10 stopni Celsjusza, natomiast opady deszczu należą do najniższych w roku i osiągają średnio 41-42 mm. Tym razem było jednak inaczej. Od samego rana padał śnieg z deszczem i było mało słońca. Soren wysiadł z chevroleta, by przywitać się ze swoimi klientkami. Okazały się nimi być dwie dojrzałe kobiety. Jedna z nich była już starszą panią po siedemdziesiątce, druga z kolei wyglądała na około pięćdziesiąt lat. Soren przedstawił się.
- Dzień dobry! Mam na imię Soren i to ja będę pilotował panie po Islandii – kobiety uśmiechnęły się na jego widok.
- Sjáumst Soren! – rzekła na powitanie Helen. Soren odpowiedział uśmiechem i natychmiast wyjaśnił obu turystkom:
- To słowo mówi się na pożegnanie, proszę pani.
- Nigdy nie miałam talentu do języków obcych – odparła Helen i cała trójka roześmiała się.
- No tak. Islandzki to trudny język, ale jednocześnie piękny. Nieprzypadkowo nazywany jest nordycką łaciną – rzekł Soren i dodał – Jak panie widzą, dziś mamy fatalną pogodę. Proponuję zatem udać się do Söluturn na poranną kaffi. Tam omówimy dokładnie program wycieczki dla pań. Czy panie się zgadzają?
- Oczywiście! – powiedziały jednocześnie obie kobiety.
Cała trójka udała się w kierunku baru z przekąskami. Soren zamówił trzy kawy i cała trójka usiadła przy wolnym stoliku w pobliżu okna.
- A może życzą sobie panie coś na ząb?
- Nie, dziękujemy. Jesteśmy właśnie po śniadaniu – rzekła pani Margaret.
- Z tego, co widzę, wnioskuję, że pochodzą panie z Kanady – Soren spojrzał na kartkę ze swojego notesu – Pani Margaret i pani Helen.
- Zgadza się – powiedziała pani Margaret.
- Zaraz, zaraz, ale pani nosi nazwisko polskie – zwrócił się w stronę Helen.
- Tak, pochodzę z Polski. To moje panieńskie nazwisko.
- W takim razie dzień dobry! – rzekł do niej po polsku – Mój ojciec jest Polakiem.
- Doprawdy? Świat jest pełen niespodzianek – odparła uśmiechając się do niego i wyjaśniła pani Margaret po angielsku to, co przed chwilą powiedział Soren.
- Wspaniale! Miło spotkać kogoś z Polski. Czy to pierwsza wizyta pań na Islandii?
- Tak – rzekła pani Margaret – Zjeździłam z mężem cały świat, ale na Islandii jeszcze nie byłam. A teraz, kiedy on nie żyje i póki mam jeszcze zdrowie i siły, postanowiłam odwiedzić pański kraj.
- Nie jestem Islandczykiem, proszę pani. Moja mama jest Dunką. A pani? - zwrócił się do Helen - Była pani wcześniej na Islandii?
- Proszę mówić do mnie na „ty”. Dla mnie to także pierwsza wizyta na Islandii. Poza Polską i Kanadą nie byłam jeszcze w żadnym innym kraju.
- Na pewno się panie nie zawiodą. Przejdźmy zatem do omówienia naszego programu.
- Doskonale! - rzekła Helen.

                                                                                ...

Program wycieczki był bardzo bogaty. Na jego realizację było przeznaczonych siedem dni. Z kolei   ósmy dzień obie kobiety miały spędzić wedle własnego uznania. W sumie dziesięć dni, wliczając przylot i odlot. Tyle powinno wystarczyć – Helen i pani Margaret były co do tego zgodne.

                                                                                ...

Natychmiast po przylocie do Keflaviku Helen i pani Margaret udały się autobusem na tak wychwalaną przez wszystkich turystów Błękitną Lagunę, czyli gorące źródła. Było to jeszcze przed spotkaniem z Sorenem. Bláa Lónið jest położona w otoczeniu niesamowitego krajobrazu jak z innej planety. Baseny dymiące parą wodną zamknięte niczym w wulkanowej pułapce zrobiły ogromne wrażenie na odwiedzających je paniach. Miejsce to jest oddalone kilkanaście kilometrów na południe od Keflaviku i tylko około 30 minut jazdy samochodem od Reykjaviku. Kąpiel w tym sztucznym jeziorze z gorącą wodą pochodzącą z głębokości 1800 metrów działa szczególnie dobrze na osoby z chorobami skóry, bowiem  poprzez minerały zawarte w wodzie ma ono właściwości uzdrawiające i upiększające. Tak więc obie kobiety nie mogły odmówić sobie tej przyjemności. I choć cena biletu zwalała z nóg (45 euro), to jednak wrażenia estetyczno-relaksacyjne w pełni ją rekompensowały. Zaraz po kąpieli Helen i pani Margaret pojechały autobusem do Reykjaviku, gdzie miały już zamówiony nocleg w Hotelu Holt.
Swoją wędrówkę po Islandii z Sorenem rozpoczęły od stolicy kraju. Po omówieniu programu ruszyli w miasto. Na jego zwiedzanie przeznaczyli dwa dni. Najpierw Soren oprowadził je po centrum miasta - placu Austurvóllur, gdzie mogły podziwiać gmach parlamentu - Althing, kościół luterański Dómkirkjan - wybudowany przez duńskiego architekta Bertila Thorvaldsena, a także pomnik Jóna Sigurdssona, znawcy literatury staronordyckiej i wielkiego patrioty islandzkiego. Z kolei obok na wzgórzu Arnarhóll stał pomnik norweskiego wikinga Ingólfura Arnarsona, który osiedlił się na Islandii pod koniec IX wieku, co jest uważane za początek osadnictwa na wyspie. To on nadał nowej osadzie nazwę Reykjavik, czyli „dymiąca zatoka”.
Następnie zwiedzili Perlan, futurystyczny budynek z wielkimi zbiornikami źródlanej wody służącej do ogrzewania domów w mieście, oraz kościół luterański Hallgrimskirkja, najwyższy budynek w stolicy Islandii o wysokości 74,5 m, toteż cała trójka postanowiła wjechać windą na wieżę kościoła, by z jego szczytu podziwiać przepiękny widok na miasto, Zatokę Faxaflói i góry. Obie panie były zachwycone panoramą Reykjaviku. Przed kościołem Hallgrimskirkja Helen i pani Margaret zrobiły sobie zdjęcie przy pomniku Leifura Eirikssona, który - jak się dowiedziały od Sorena – w 1000 roku odkrył Amerykę.
Potem odwiedzili Muzeum Narodowe z wieloma interesującymi eksponatami z dziejów Islandii, począwszy od okresu wikingów po czasy współczesne, muzeum sztuki ludowej oraz muzeum - skansen Arbaer, gdzie w historycznych domach umieszczono kompletne wyposażenie mieszkań z dawnych czasów.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Opowiadanie "Niebo nad Reykjavikiem" - część II


Od śmierci Joanny każdy dzień zaczynał od lampki piołunu, ale rano pił go bez lodu i cytryny. Potem wsiadał do swojego rocznego Chevroleta Niva i jechał nim do klientów. Ta terenówka nigdy go jeszcze nie zawiodła, w przeciwieństwie do jego pierwszego auta, także ze stajni Niva, a mianowicie Łady. Trzeba jednak zaznaczyć, że ten radziecki samochód terenowy wysłużył już swoje i w końcu musiał zawieść. Pamięta, jak dostał go od swojego ojca na dwudzieste pierwsze urodziny. Soren był pół Duńczykiem, pół Polakiem. Jego mama była Dunką z Kopenhagi, a ojciec Polakiem z Lublina.
Soren posiadał wprawdzie tylko paszport duński, ale dzięki ojcu był doskonale zaznajomiony z historią i kulturą Polski. Uwielbiał polską kuchnię, a w szczególności pierogi z serem i bigos. Znał także polskie obyczaje. Szczególnie podobały mu się zwyczaj łamania się opłatkiem podczas wigilii oraz liczne kolędy, które śpiewa się wspólnie przy nakrytym stole. Tego nie znano w Danii. Nawet zwyczaj juletræ, czyli kolorowej choinki stojącej zawsze od grudnia w centrum Kopenhagi, poszedł w całkowite zapomnienie. Został on bowiem od jakiegoś czasu zakazany przez miejskich radnych, którzy podczas głosowania jednomyślnie orzekli o usunięciu świątecznego drzewka ze starówki. Poza tym Boże Narodzenie w stolicy Danii nie miała w sobie tyle rodzinnego ciepła, co święta w Polsce. Może wynikało to z mentalności Polaków. Nie chodziło tu oczywiście tylko o religię. Duńczycy byli przecież luteranami, a Polacy katolikami. Raczej bardziej odnosiło się to do tej prostej i życzliwej ludzkiej otwartości, która szczególnie właśnie cechowała Polaków, ale i innych Słowian. My Duńczycy również potrafimy cieszyć się życiem, jednakże Polacy robią to jakoś bardziej spontanicznie – myślał Soren – Tak to chyba inna mentalność wynikająca z naszej przeszłości. Jesteśmy, jakby nie było, spadkobiercami wikingów, tych zimnych i twardych wojowników Północy.
To umiłowanie polskości sprawiło, że Joanna tak bardzo przypadła mu do gustu. Piękna brunetka o długich gęstych włosach i ciemnych oczach. Zawsze gustownie ubrana, z chustą wokół szyi i srebrnym pierścionkiem na palcu, jednocześnie dziewczęca i kobieca. Joanna była tak jak i on „mieszańcem”. Pół Polka ze strony matki, pół Niemka ze strony ojca. I choć według prawa rodzinnego i opiekuńczego matka jest zawsze znana, Joanna legitymowała się tylko obywatelstwem niemieckim. Jej rodzice poznali się na studiach medycznych w Niemczech. Tata był lekarzem, mama pielęgniarką. Ona natomiast już od dziecka chciała studiować literaturę nordycką.
Sorena poznała podczas Freisemester na Uniwersytecie Háskóli Íslands w Reykjaviku. Jako jedyny obcokrajowiec pracował on jako pilot wycieczek po Islandii. To było jego wielkim marzeniem od szkoły średniej. Pierwszy raz o Islandii opowiedziała mu jego mama:
"Islandia to piękna wyspa pełna gejzerów, kraina ognia i lodu, wulkanów i lodowców – jak mawiają. Przez wiele lat była pod wpływem naszej ojczyzny. Pod koniec XIV wieku została oficjalnie włączona do królestwa duńskiego. Dopiero w 1918 roku Islandia proklamowała się suwerennym państwem połączonym tylko unią personalną z Danią aż do czasu zajęcia jej przez III Rzeszę podczas II wojny światowej. Po wojnie Islandczycy zerwali ostatecznie unię personalną z Kopenhagą. I choć Islandia ogłosiła się niezależną republiką, to jednak pewne wpływy duńskie widać tam do dziś."

                                                                            ...

Helen nie wyszła już ponownie za mąż. Pracowała jako sprzedawca w jednym z supermarketów. Z czasem zmieniła pracę na opiekunkę osób starszych. Jej chłopcy ukończyli właśnie szkoły zawodowe i poszli do pracy, więc miała wolną rękę. Praca w opiece nie była tak ciężka jak praca w sklepie. Poza tym dawała nieco więcej swobody w działaniu, jeśli można tak powiedzieć. Wprawdzie trzeba było czuwać nad podopieczną lub podopiecznym od rana do wieczora, przy wielu zleceniach nawet w nocy, to jednak w praktyce miała więcej wolnego czasu niż podczas pracy w sklepie. Niektóre zlecenia dotyczyły osób całkowicie sprawnych fizycznie. Potrzebowały one na starość tylko kogoś do towarzystwa. Jedną z tych osób była właśnie pani Margaret, bogata wdowa po bardzo znanym inżynierze budowlanym z Vancouver. Jak na swoje siedemdziesiąt parę lat była w bardzo dobrej formie fizycznej. To ona zaproponowała Helen wycieczkę na Islandię. Pani Margaret pokrywała wszystkie koszty wyjazdu, a Helen miała jej tylko towarzyszyć. Opiekunka oczywiście przystała na to, choć Islandia wydawała się jej krajem bardzo egzotycznym. Co mi zależy? - pomyślała – I tak nie mam nic ciekawego do roboty... Gdyby nie książki, całkiem bym zwariowała.
A czytała lektury o różnej tematyce. Jej ulubione klasyczne powieści to: Mistrz i Małgorzata, Egipcjanin Sinuhe oraz Sto lat samotności. Aczkolwiek od pewnego czasu zasmakowała w tak zwanej literaturze ezoterycznej i alternatywnej psychologii. Przeczytała wiele znanych tytułów, do których zaliczały się między innymi: Diagnostyka karmy Siergieja Łazariewa, Nowa Ziemia Eckharta Tolle czy Przebudzenie Anthony'ego de Mello. Interesowała się także I-Ching i Human Design.

                                                                           ...

Dieter czekał na nią po zajęciach jak zwykle w parku na tej samej ławce. Spóźniła się kilka minut. Była jak zawsze uśmiechnięta. Miała na sobie czerwoną bluzę i niebieskie spodnie. Jej czarne długie włosy otulały po bokach szyję, spadając łagodnie na ramiona.
- Hallo Dieter! - rzuciła mu na powitanie.
- Grüß dich Johanna!
- To o czym chcesz rozmawiać, chłopcze, że nie mogłeś o tym mówić na uczelni? - zapytała Johanna, patrząc mu w oczy i uśmiechając się do niego. Nie lubił, kiedy nazywała go "chłopcem", ale nigdy jej tego nie powiedział.
- Może najpierw porozmawiajmy o czymś innym. Jak spędziłaś wakacje?
- No dobrze, Dieter, skoro chcesz wiedzieć, to ci powiem. Nie mam żadnych tajemnic – ponownie uśmiechnęła się do niego.
Była w wyjątkowo dobrym nastroju w przeciwieństwie do niego, ale umiejętnie to przed nią ukrywał. Nie będzie mu łatwo powiedzieć jej o swojej chorobie.
- Wiesz, wszystko po staremu, żadnych nowości. Praktycznie całe lato spędziłam na wsi u dziadków pod Monachium. Trochę opalania, trochę pomocy przy zbiorze truskawek i cykorii. Nic nadzwyczajnego - to powiedziawszy zaśmiała się.
Nie zamierzała wspomnieć Dieterowi o tygodniowym pobycie z Thomasem w Grecji. Uważała, że nie musi o niej wiedzieć wszystkiego. Był jej przyjacielem, ale pewne rzeczy postanowiła zachować tylko dla siebie. O najbliższym weekendzie, który miała spędzić z Thomasem w Pradze, też mu nie powie.
- A ty, chłopcze, co porabiałeś?
- U mnie również nic nowego. Byłem przez cały czas w Berlinie. Czytałem zaległe lektury. Poza tym zapoznałem się z utworami obowiązującymi nas w tym semestrze.
- Naprawdę? Cały czas tutaj? - Johanna zaśmiała się głośno.
- Tak, naprawdę – odparł spokojnie Dieter.
- To już wiem, kto znowu będzie mi pomagał w przygotowaniu do egzaminów – powiedziała z lekką nutą cynizmu. Uśmiechnął się do niej, chociaż wcale nie było mu w tym momencie do śmiechu.
Dieter pochodził z Berlina. To tutaj mieszkał z rodzicami aż do czasu ich separacji. Potem przeniósł się do akademika, a ponieważ był studentem, uczelnia nie stwarzała żadnego problemu z wynajęciem mu pokoju na okres przerwy semestralnej. Żałował, że Johanna na ten czas wyjeżdża do Monachium, gdzie mieszkali jej rodzice, bo to oznaczało, że nie będzie jej widział przez trzy miesiące. Była mu najbardziej bliska spośród znanych mu osób, a że nie było ich wiele, zawsze wtedy za nią tęsknił.
- To o czym chciałeś ze mną porozmawiać?
- A wiesz, jest..., mam pewną sprawę do ciebie...
Rozmyślił się. Nie zamierzał mówić jej o swojej chorobie. Uznał, że to i tak nie ma żadnego znaczenia w ich relacji - Ona jest z Thomasem, a ja jestem tylko kolegą, bliskim kolegą, ale jednak tylko kolegą - Postanowił na szybko wymyślić temat zastępczy.
- Wiesz, mój kolega bierze ślub w najbliższy weekend. Dostałem zaproszenie na dwie osoby, lecz nie mam z kim iść. Pomyślałem, że może ty zechcesz mi towarzyszyć. Co ty na to?
- W najbliższy weekend? - zapytała – Bardzo chętnie bym z tobą poszła, ale już mam plany na  sobotę i niedzielę.
Będę jednak musiała mu powiedzieć – pomyślała Johanna – Nie da się w tym przypadku tego ukryć.
- Razem z Thomasem jedziemy w piątek do Pragi. Wracamy dopiero w poniedziałek.
Jej odpowiedź wcale go nie zdziwiła. Sam ją przed chwilą okłamał, bowiem nie było żadnego ślubu. Nie miało to w tym momencie dla niego żadnego znaczenia, czy Johanna mówi prawdę, czy nie. On w każdym bądź razie nie powie jej nic o chorobie, więc w ten wykrętny sposób udało mu się uniknąć niewygodnego dla niego tematu.
- W porządku, Johanna. To żaden problem. Mogę pójść i sam.
- A co to za kolega? - była zazwyczaj ciekawska.
- Nie znasz go.
- Musisz mi koniecznie pokazać jakieś foty z tej imprezy, dobrze? - uśmiechnęła się, szczypiąc go koniuszkami palców w fałdę tłuszczu na brzuchu.
- Dobrze, zrobię kilka zdjęć – powiedział zaskoczony.
- Tylko kilka? - ironizowała.
- Już dobrze. Przestań się wygłupiać – uśmiechnął się do niej, lecz był to sztuczny śmiech. Nawet tego nie zauważyła.
- Nie obraź się, chłopcze, lecz muszę już uciekać. Widzimy się jutro na uczelni, prawda? - zapytała go tak, jakby miał się nie pojawić kolejnego dnia na uniwersytecie.
- Oczywiście. Nie mam innych planów.
- To się jeszcze okaże! Servus!- to powiedziawszy uszczypnęła go ponownie w brzuch i pomknęła parkową aleją w kierunku centrum miasta.
- Do jutra! Tschüß! - odparł na pożegnanie. Te uszczypnięcia sprawiły, że poczuł się bardzo dziwnie. Dlaczego ona to robi? - zapytał się w myślach. Sam też sobie odpowiedział: Bo jej na to pozwalam.

                                                                          ...